zapraszam na pogaduszki

dialogi z...

porządnickie

Przyznam, jestem zdezorientowana w wartościowaniu człowieka, tym mianem pozwoliłam sobie określić żeński rodzaj ludzki, chociaż to nie jest w tej wypowiedzi czytelne. W naszym języku człowiek jest rodzaju męskiego i jest to kolejny dowód na to, jak ważna jest etymologia wyrazów. Próbuję stworzyć żeński odpowiednik człowieka, ale nijak mi to wychodzi. Człowiekowa - nigdy. To oznacza przynależność kobiety do człowieka, mężczyzny, czyli tego pierwszego dla Boga (stąd ta sugestia o etymologii, bo wygląda na to, że dla Pana Boga tylko mężczyzna był ważny i nawet dla nas zabrakło osobnego słowa). Człowieczyna, kojarzy się z gaździna, co na Podhalu brzmi dumnie, ale człowieczyna mimo żeńskiej końcówki, to ciągle "ten" i to taki niewydarzony ten. Odpuszczam, bo tak po prawdzie, to ja zupełnie o czym innym, choć z płcią związanym.

Siedzę sobie u dentysty w luksusowej poczekalni. Mało nas. W takiej poczekalni wszystko co do minuty się toczy, więc kolejki nie uświadczysz i nawet ja nadludzkim wysiłkiem pojawiam się punktualnie. Tym razem natykam się na zadbaną 50. z okładem, która czeka w sprawie nie cierpiącej zwłoki. Okazuje się, że pani tak jak i ja, jest elokwentna. Do rozmowy  wciąga się pani z za kontuaru. Obie wymieniają uwagi na temat porządkowania i wpędzają mnie, co nie jest trudne, w kompleks wykluczenia ze społeczności perfekcyjnych pań domu. Jedna pani się zwierzyła, że jak miała się przygotowywać do egzaminu, to uciekała w robienie porządków, druga, że nie zaśnie dopóki okruszka na stole w kuchni, a rzeczy w szafach na baczność. 

Ja nie powiem, porządkuję całe życie, pracuś ze mnie jest chorobliwy, ale nigdy nie osiągnęłam zadowolenia z efektu. Moje porządkowania, to jak nieskończony ciąg geometryczny i to wcale nie malejący. Nauczyłam się przemieszczać między kartonami książek, tonami zaprzeszłych ćwiczeń przygotowywanych dla uczniów i ich prac potwierdzających moje sukcesy. Lawiruję między pudłami z dyskietkami i płytami CD z wieloletnimi kopiami stron internetowych i zdjęć. Są i pudła przeróbkowe i te dokumentujące, że moje dzieci kiedyś nosiły śpioszki i śliniaczki. Wśród najcenniejszych pamiątek figuruje kawałek mydła ugryziony przez mojego najstarszego syna w epoce, gdy był najmłodszym członkiem patriarchalnej rodziny i wszystko co robił było najcudowniejsze na świecie. Mydełko ma bagatela 44 lat, ale odlew trzyma się bardzo dobrze, więc wyrzucić się nie da. Wymienianie zawartości mojego sentymentalnego skarbca zajęłoby pewnie kilkadziesiąt stron. Jest w nim miejsce na rysunki, od małego do studenckiego, na wszystkie laurki, nie mówiąc o kartkach i zdjęciach. Nie ma siły, żeby taki impotent porządkowy jak ja nad tym zapanował. Więc, gdy się tylko nadarza okazja, w przeciwieństwie do pań z poczekalni, upycham po kątach moje ambicje bycia nieskazitelną panią domu wymuszone na mnie przez społeczeństwo (to bez fantazji w mojej ocenie) i myk do komputera, myk na spotkanie literackie, myk do ciekawej lektury. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie kara zesłana przez Najwyższego, który pokazuje mi palcem miejsce w szeregu.

Zgłosiłam się, w pewnym sensie na ochotnika, do uporządkowania spuścizny po mamie mojego małżona. Po chrześcijańsku ulitowałam się mając nadzieję uratować go  przed konfrontacją z babskim zbieractwem, ale i tak jest mi bezwzględnie potrzebny do wynoszenia, przewożenia, sprawdzania dokumentów rodzinnych i zaręczam ma co robić od kilku miesięcy. Moja kochana teściowa-mama przez całe powojenne życie nie wyrzuciła nawet zużytego biletu tramwajowego. Każdy nieaktualny rachunek był pracowicie pokrojony na karteczki do notatek. Otoczyła się szczelnie przydasiami. Była kochana, adorowana przez dzieci, wnuki i prawnuki, które starały się okazać tę miłość kartkami, listami, prezencikami drobnymi i nie drobnymi, ciuszkami itd, itp. Mama, babcia i prababcia nikomu nie odmawiała, nikomu nie chciała sprawić przykrości. Zdjęcia porządkowała w nieskończonej ilości albumów, prenumerowała wydawnictwa filozoficzne, aby być na bieżąco z dorastającymi wnuczkami, uczyła się, angielskiego, ćwiczyła francuski dla prawnuków. Wspierała wydawnictwa religijne gromadząc ich czasopisma. Od kilku miesięcy porządkujemy te dobra i przeżywamy męki Tantala decyzyjności. Co komu dać, co komu przekazać, żeby nie uchybić jej pamięci, żeby nie zgubić też i własnej, bo jej historia to nasza historia. Ta spuścizna jest tym cenniejsza, że gdy jej zabrakło, jedynie listy, opisane zdjęcia będą mogły dać odpowiedź na nasze pytania dotyczące przeszłości.

Nie dość, że sama przechowuję pamięć mojego życia w przedmiotach, mam teraz w domu zmaterializowaną pamięć jej życia. Z bezsilności siedzę przed komputerem i opisuję moją frustrację, co idzie mi szybko i sprawnie w odróżnieniu od porządkowania. Miłe panie z przychodni dentystycznej, może i chciałabym mieć nieustający ład koło siebie, mój mąż taką zorganizowaną połowicę, ale ja kocham wyzwania metafizyczne, a w tych codziennych realnych zupełnie się nie sprawdzam i pewnie już zejdę z tego świata taka nieakceptowalna w społeczności uważającej się za porządną.

I teraz jakby klamrą spinam pozornie nie wiążący się z treścią rozwinięcia początek. W tym wartościowaniu chodziło mi o to, że nie wiem czy ja jestem górą z moją fantazją literacką, ale brakiem spełniania obowiązków kobiecego sprzątacza, czy górą są te panie, które potrafią być i perfekcyjnymi sprzątaczami i zapewne perfekcyjnymi zawodowcami w wybranych dziedzinach. Czy mam padać na kolana przed ich wspaniałością, a dać się kompleksom mojej porządkowej ułomności, czy po prostu poszukać sobie miejsca wśród tych, którzy do szczęścia nie potrzebują miotełki do strącania kurzu. Przyznam, jestem zdezorientowana w wartościowaniu człowieka...