zapraszam na pogaduszki

O przeklinaniu

Smoczyca włożyła kij w mrowisko soczystej mowy, a ponieważ odwiedzam jej rubaszne i pełne humoru teksty z wielką przyjemnością nawiązałam dialog w komentarzu, a teraz zmieniłam zamysł co do kolejnej notki i w myśl zasady kto szybko daje dwa razy daje, póki temat nie schłodnieje sięgam do kilku refleksji i wpomnień. Po pierwsze nie łatwo mieć ubogi język, pozbawiony tej codziennej chropowatości jaką są różne przerywniki i słowa wytrychy. Takie dziewictwo językowe często mści się śmiesznością i nie zamierzoną wulgarnością czy obscenicznością. Jak muszę się pinować na lekcji, żeby nie palnąć jakiegoś słowa, czy określenia, które zostanie opatrznie zrozumiane. Niewinne określenie "dziewczynki", może być odebrane jako panny lekkich obyczajów. Posuń tę książkę, wywołuje jednoznaczny rechot nastoletniej płci męskiej i wiele podobnych. Dobrze, że nastolaty zbyt dużo nie czytają, bo nie zdążą się obrazić, gdy użyjemy określenia Lolitka, oczywiście nie wprost, a jako uwagę między dorosłymi. Może oszczędzę przykładów, a nawiążę do zjawiska samookreślenia się przez używanie tego czy innego zestawu przekleństw. Sygnalizują one wiek, środowisko, miejsce pracy i stan psychiczny też. Kiedyś celnie użyte przekleństwo uratowało cnotę znajomej dwunastolatki. Dwunastolatka pobierała edukację w gimnazjum francuskim w arabskim kraju, a ponieważ gimnazjum było w innym mieście, nastolata była w internacie. Tam nabyła zdolność przeklinania po arabsku. Podobno arabskie przekleństwa są tak pieprzne, że nasze to małmazja z ust dziewczęcych płynąca. W czasie któregoś weekendu, na nastolatę zaczaił się w klatce schodowej tubylec. Przystąpił do akcji i tu otrzymał soczystą wiąchę rodzimych przekleństw. Zdębiał i uciekł, ponieważ myślał, że dziewczę jest arabskie i gdyby zrobił jej krzywdę, bracia i kuzynowie nie zostawiliby go w całości. Ogólnie sztywnieję, gdy koło mnie przetacza się młodzież, która kurwuje zapmiętale i myślę, że perwersyjne podmienienie potocznej k... na rozwlekłą i bardziej luksusową p... nic nie da. Nie charakter, dźwięczność słowa się liczy i jak by literatura nie chciała, te słowa dotyczą zupełnie różnych osób. Synonim jest jak inny odcień farby w malarstwie, niby kolory podobne, ale odbiór estetyczny zupełnie inny. Lubimy gwarę góralską, bo operuje słownictwem dosadnym, bezpośrednim i jednoznacznym, na które na codzień nie zawsze możemy sobie pozwolić hołdując obyczajności mieszczańsko-pałacowej. Gdy powiem siądź wreszcie na pupie, lub na czterech literach jestem w porządku, gdy powiem siądź na dupie lub dupsku, to będę wulgarna i źle wychowana, czym się róźni pupa od dupy - salonowym synonimem, który te same obyczaje, tę samą fizjologię zapakował w błyszczący celofan.